wtorek, 13 stycznia 2015
Trening 13.01.2015r. - 3 x Aleja Kociewska ;)
Po 3 dnia odpoczynku, przyszedł czas na trening.
Od samego rana czułem w nogach niesamowitą moc, więc w planie na dzisiaj był co najmniej półmaraton ;)
Jakoś dużo czasu dzisiaj zabrało mi ubranie się i wyjście z domu, a wszystko przez tą okropną pogodę, która nie chce nas opuścić od kilkunastu dni. Masakra!!!
Skoro w planie na dzisiaj miałem co najmniej 21 km, długo zastanawiałem się gdzie tu biec. Niebo było pełne burzowych chmur, więc trzeba biegać blisko domu, żeby w razie co szybko się ewakuować.
Jak wiecie, lubię biegać po naszej Alei Kociewskiej, więc kolejny trening poświęciłem na szlifowanie tej trasy, czyli trzeba było zrobić 3 kółka w koło miasta. Pierwsze poszło łatwo, z drugim trochę się męczyłem, ponieważ boczny wiatr i mżawka nie odpuszczały i kolejny raz chciały mnie zatrzymać. Trzecie koło udało mi się zrobić trochę szybciej, niż drugie i jakoś to wyszło.
Udało mi się dzisiaj poprawić życiówkę w półmaratonie z 1:48:04 na 1:43:18:))) i uzyskałem niezłą średnią 04:55/km ;)
Dzisiaj kolejna nocka w pracy, jutro odpoczynek i regeneracja ;)
sobota, 10 stycznia 2015
Mój pierwszy maraton - 15.08.2013r.
"Prawdziwy facet powinien chociaż raz w życiu przebiec maraton"- Henryk Szost
Każdy, kto kiedykolwiek przebiegł maraton, do końca życia będzie pamiętał emocje jakie mu towarzyszyły w trakcie pokonywania każdego kilometra.
Niejednokrotnie jest to walka w własnymi słabościami, walka która tak naprawdę toczy się w głowie biegacza.
Królewski dystans to prawdziwy egzamin dla ciała i ducha.
Jeśli źle się przygotowałeś do Maratonu, wszystko wyjdzie na trasie.
To sprawdzian naszej wytrzymałości fizycznej i psychicznej.
Radość, śmiech, smutek, złość, łzy, walka ze słabościami, bólem, obtarciami to tylko kropla w morzu tego co czeka każdego maratończyka.
Ale zacznijmy od początku....
Przez kilka ostatnich miesięcy 2012 roku zastanawiałem się nad tym, czy jestem już gotowy do przebiegnięcia maratonu?
A jest to niemały dystans liczący 42 kilometry i 195 metrów.
W końcu na początku 2013 roku zapisałem się na trójmiejski Maraton Solidarności (Gdynia-Sopot-Gdańsk), który odbył się 15.08.2013r.
Skoro podjąłem wyzwanie, muszę to zrobić, nie mogę się wycofać.
Myślałem sobie, przecież biegam tak? Więc skoro tak jest, dam sobie radę.
Jak wiecie trenuje co drugi dzień, więc i co drugi dzień pokonywałem dystans 15 km, sukcesywnie zwiększając go do 17,20,25 km.
Dni, tygodnie i miesiące mijały, moja waga spadała, forma rosła więc wszystko było na jak najlepszej drodze do sukcesu.
W internecie znalazłem wiele porad na temat tego jak się przygotować do maratonu, co jeść, czego unikać, co pić i w jakich ilościach.
Tydzień przez maratonem zacząłem napełnianie organizmu węglowodanami. Dania na bazie makaronu i ryżu to była moja codzienność.
W przed dzień maratonu zacząłem się także nawadniać, co dało mi się we znaki w noc poprzedzającą start.
W końcu nadszedł ten dzień.
Jako, że start maratonu zaplanowany był na godzinę 10, budzik nastawiłem na godzinę 5, żeby mieć zapas czasu na spokojne przygotowanie, zjedzenie lekkiego śniadanie, zapakowania odzieży startowej oraz rzeczy, które miałem w planie zabrać ze sobą.
Początkowo w planie miałem dotarcie na linię starty do Gdyni pociągiem, niestety w Pelplina nie miałem wtedy bezpośredniego połączenia, a nie chciałem jechać z przesiadkami aby uniknąć błądzenia po dworcu, czy też co gorsza, spóźnienia się na bieg.
Jako, że start maratonu znajdował się w Gdyni, ze Wzgórza Świętego Maksymiliana, zaplanowałem sobie, że do Tczewa pojadę swoim samochodem, zostawiając go na parkingu dworca PKP, po czym przesiadłem się do pociągu. Ku mojemu zdziwieniu pociąg był zapełniony biegaczami jadącymi na ten sam maraton. To podniosło mnie trochę na duchu, a przy okazji mogłem wypytać doświadczonych biegaczy jak biec i na co uważać podczas biegu. Wszystkie rady wziąłem sobie do serca, starając się poukładać to jakoś sobie w głowie.
W biurze zawodów zameldowałem się około 8:30. Odebrałem pakiet startowy, przebrałem się, po czym rozpocząłem rozgrzewkę i nawadnianie.
Z minuty na minutę uczestników biegu przybywało, a atmosfera robiła się coraz gorętsza. Kręciłem się trochę w koło linii startu, czując się trochę nieswojo, ponieważ na maraton przyjechałem sam.
To uczucie szybko minęło, do startu zostało kilka minut, a wokół mnie stali sami uśmiechnięci i życzliwi ludzie.
W międzyczasie zdążyłem poznać kilku fajnych ludzi, w tym Jacka z Gdyni, który na starcie miał na sobie koszulkę z napisem "mój pierwszy maraton", pomyślałem więc, że nie będę sam zmagał się z tym dystansem.
Od samego rana było ciepło ok. 20 stopni, niebo było lekko zachmurzone, wiał lekki wiatr -niemal idealna pogoda na długi bieg.
Jeszcze tylko szybki skok na toi toi, żel energetyczny i oczekiwanie na odliczanie...
10,9,8.....3,2,1
Strzał startera!!!
Zaczęło się !!!
Przez pierwsze kilometry biegliśmy z Jackiem w tempie ok. 5:30km, luźno przy tym rozmawiając.
Bardzo miło zaskoczyli mnie kibice, którzy na każdym kilometrze kibicowali biegaczom, motywując ich do dalszego biegu ;) Oklaski, brawa, krzyki, gwizdy, trąbki itd. :))
Przybijanie biegowych "piątek" z kibicami - bezcenne i bardzo motywujące ;)
Na 5 kilometrze postanowiłem nie korzystać z punktu odżywczego, ponieważ butelkę z izotonikiem zabrałem ze sobą na pasku.
Kolejne kilometry pokonywałem bez większego trudu, korzystając na 10,15,20 i 25 km z punktów odżywczych, na których starałem się pić kilka łyków wody, zabrać małą butelkę wody i gąbkę, którą obcierałem twarz, lejąc resztę znajdującej się w niej wody na głowę. Nie zapominałem także o żelach energetycznych, których miałem spory zapas.
Ok 28 km zrobiło się słonecznie, wręcz gorąco, powoli zaczynałem odczuwać zmęczenie, tym bardziej, że biegliśmy w kierunku Westerplatte, gdzie było kilka większych podbiegów, a później tylko długa prosta.
Krok za krokiem... Kolejne metry pokonywałem z wielkim trudem, przez cały czas wypatrując końca "prostej" i nawrotki, która nas czekała, a po niej kolejna długa prosta i upragniona meta.
Lejący się z nieba żar dawał się wszystkim we znaki. Mijałem kilku biegaczy, którzy ledwo co stawiali kolejne kroki, a tym którzy nie dali rady lekarza natychmiast udzielali pomocy medycznej.
Szok ... nigdy bym nie przypuszczał, że maraton może być aż tak wyczerpujący.
Na 36 km zaczęła dokuczać mi kolka, która z każdym kilometrem coraz bardziej mnie osłabiała. Używałem różnych metod aby ją pokonać. Kilka razy szedłem, uciskając bolesne miejsce, tak jak robiłem to niejednokrotnie na treningach. Niestety kolka miała swój plan, chciała mnie osłabić i sprawić, że nie zobaczę linii mety.
Pomyślałem sobie: przecież na mecie czeka na mnie żona i mój kochany synek, przecież to dla nich biegnę. Do oczu napłynęły mi łzy. To chyba ze zmęczenia bądź złości, że coś mnie boli i myśli, które krążyły mi w głowie.
Nie poddam się, oni tam na mnie czekają - pomyślałem. Przecież obiecałem sykowi, że razem z tatą wbiegnie na metę!
Zacisnąłem zęby, przycisnąłem miejsce, w którym odczuwałem ból, który chyba pod wpływem adrenaliny trochę odpuścił i pobiegłem do mety tak szybko jak tylko mogłem.
Z pomocą wszystkim biegaczom wyszli organizatorzy, którzy kilka kilometrów przed metą ustawili kurtyny wodne, które skutecznie schładzały każdego, kto tylko miał na to ochotę.
Oczywiście ja miałem i to wielką, tym bardziej, że od kilkunastu kilometrów odczuwałem niesamowitą suchotę w ustach i mimo, że starałem się pić wodę, miałem jej ciągle za mało.
Teraz już wiem, że kolejnym razem muszę zdecydowanie bardziej się nawadniać i korzystać z każdych punktów odżywczych, bez gadania.
Od 40 km z każdym kolejnym przebiegniętym metrem, przybywało kibiców, co mnie bardzo pobudziło do dalszego wysiłku.
Po 40 km zaczęły się powoli pokazywać bramki oddzielające maratończyków od kibiców.
Za każdą bramką z kolejnym metrem stało coraz więcej ludzi. W tłumie było widać tych co z oddali wypatrują kogoś ze swojej rodziny lub znajomych.
Pamiętam jak mym oczom okazała się tak bardzo upragniona tablica z napisałem "42 km" :)
Pomyślałem - dam radę, czas zacząć finiszowanie ;)
Do pokonania miałem jeszcze tylko ostatni zakręt i jest - widzę ją, to ona, META !!! :)
Zmęczenia dawało mi się mocno we znaki, ale zgromadzone tłumy ludzi, fotoreporterzy i w końcu moja rodzina motywowały mnie do pokonania ostatniej prostej.
W tłumie wiwatujących ludzi na ostatnich metrach starałem się znaleźć moją rodzinę. Całe szczęście moja żona zrobiła to pierwsza, przełożyła naszego syna przez barierkę, ten szybko do mnie podbiegł i dzięki temu na metę wbiegliśmy razem, kończąc maraton z czasem 04:05:15.
Udało się, przebiegłem swój pierwszy maraton. Łzy szczęścia same cisnęły mi się do oczy.
Ktoś z organizatorów zawiesił mi medal na szyi, dał butelkę wody i po chwili byłem już w gronie tych, którym się udało :))
Jak tylko podeszła do mnie żona, mocno ją uścisnąłem, a z oczy pociekły nam łzy szczęścia ;)
Przebiegłem maraton, jestem maratończykiem - pomyślałem ;)
Czułem się cudownie, niesamowicie, zmęczenie odeszło w zapomnienie :)
Ledwo stałem na nogach, marząc tylko o tym, żeby w końcu zdjąć buty, usiąść i odpocząć.
Szybkie przebranie się, posiłek regeneracyjny i do domku odpoczywać ;)
Byłem tak spragniony, że wypiłem ponad 4 litry wody w ciągu godziny, a kolejną po powrocie do domu.
Przez ponad 4 godziny biegu w mojej głowie kłębiły się różne myśli.
Przez ten czas walczyłem z bólem, otarciami, upałem, trasą, własnymi słabościami, zmęczeniem i pragnieniem.
Mimo tego, że maraton jest ogromnym wyzwaniem dla ciała i psychiki biegacza wiem, że zrobię to jeszcze nie jeden raz, bo bieganie to pozytywne uzależnienie, a nie ma nic lepszego, jak dać sobie porządny wycisk na biegu ;)
P.s. 22.09.2013r. przebiegłem swój drugi maraton Fundacji Dasz Radę w Zapowiedniku, kończąc go z czasem 3:59:10, łamiąc tym samym magiczną barierę 4 godzin ciągłego biegu ;)
Kilka fotek z maratonu:

piątek, 9 stycznia 2015
Trening 09.01.2015r. - Dmucha, wieje, pada
Dzisiaj mamy kolejny dzień w którym pogoda nas nie rozpieszcza. Znowu jest wietrznie, ponuro, zimno i deszczowo. Przy takiej pogodzie to najlepszym co można zrobić, jest wypicie gorącej herbaty z miodem i cytryną i położenie się spać, albo oglądanie godzinami tv.
No ale trening sam się nie zrobi, a ja nie lubię zalec na kanapie i bezczynnie godzinami wpatrywać się w tv.
Dzisiaj długo zbierałem siły i motywację do biegu, a wszystko przez zachmurzone niebo i fakt, że nie dorobiłem się jeszcze kurtki przeciwdeszczowej.
W planie na dzisiaj miałem bieg przez Rajkowy do Rudna i z powrotem do domu. Niestety pogoda była tak niepewna, że wolałem nie oddalać się za bardzo od domu, jedynym więc wyjściem zostało biegać w koło Pelplina naszą obwodnicą.
Wiatr hulał na całego. Między budynkami nie była tak bardzo odczuwalny chłód, jak na obwodnicy, gdzie są tylko odsłonięte pola.
Wiatr po raz kolejny w planie miał powstrzymać każdego, komu do głowy przyszło wyjście w domu i zrobienie kilku kilometrów ;)
Dzisiaj najgorszym odcinkiem biegu okazał się ten od skrętu na Klonówkę, aż do ronda przy Górze Jana Pawła II, gdzie wiatr szalał na całego, wiejąc mi prosto w twarz... cudem było utrzymywanie stałego tempa biegu, do tego zaczął padać deszcz, którego krople tak jak wiatr, trafiały mi prosto w twarz.
Po przebiegnięciu jednego okrążenia (ok 7,70 km), pomimo trudnych warunków pogodowych zrobiłem drugie i tak wyszło na dzisiaj ponad 15 km ;) A dzięki temu, że tak mocno wiało, do domu przybiegłem prawie suchy :)
Nigdy nie zapominajcie po bieganiu się dobrze rozciągnąć ;) Rozciąganie sprawia, że jesteśmy mnie podatni na kontuzje.
Trzymajcie się ciepło w ten zimowo-jesienny dzień ;]
środa, 7 stycznia 2015
Trening 07.01.2015r. - Śnieżnie i wietrznie
Kolejny trening w mało sprzyjających warunkach pogodowych.
Co się dzieje z tą pogodą? Nie pamiętam, abym poprzedniej zimy biegał w tak ekstremalnych warunkach. Fakt, temperatura spadała do niemalże - 30 stopni, ale nie była taka jak dzisiaj. Ostatnimi czasy wiatr rozszalał się na całego.
Dzisiejszy trening zacząłem przy temperaturze - 5 stopni i lekkim wietrze, kilkanaście minut później wiatr znacząco nabrał na sile, a czasami miałem wrażenie, że chyba chce mnie zepchnąć ze ścieżki...do tego opady śniegu, którym dostawałem prosto w twarz.
W sumie nie ważne jaka by była pogoda i tak poszedł bym na trening. Niejednokrotnie biegałem w burzy z piorunami, co prawda było to lato, ale biegacza żadna pogoda nie jest w stanie zniechęcić do wykonania treningu od początku do samego końca.
W planie na dzisiaj miałem o kilka kilometrów więcej, niestety w uwagi na brak czasu, na pocieszenie zrobiłem moją ulubioną dyszkę i lekkim hakiem ;)
Biegłem dzisiaj z latarką na głowie, ponieważ rozpoczynałem bieg po południu i wiedziałem, że zakończenie biegu będzie po zmroku. Przez cały trening nie musiałem włączać latarki, bo śnieg zalegający na chodnikach i oświetlenie na naszej obwodnicy sprawiły, że widoczność była dobra...co innego w mieście. Jakieś dzisiaj ciemności egipskie w Pelplinie nastąpiły :P
Ludzie patrzeli się na mnie jak na wariata, albo górnika który w pośpiechu biegnie do kopalni
haha :P
Jutro cały dzień spędzę w pracy, więc w wolnych chwilach pozostaje mi czytanie ulubionej gazety, jaką jest Runner's i uzupełnianie wiedzy, którą na papier przelewają ci co się znają ;)
Pozdrawiam :D
wtorek, 6 stycznia 2015
Trening 06.01.2015r. - Mała dyszka po nocy.
“Aby osiągnąć sukces pierwsze co musisz
zrobić to zakochać się w ciężkiej pracy.”
Na przebudzenie po nieprzespanej nocy najlepszy jest trening biegowy ;)
Pogoda dzisiejszego dnia dopisała i chociaż lekko wiał wiatr, a temperatura powietrza sięgała około 0 stopni, a na chodnikach zalegał śnieg, który spadł poprzedniej nocy, to dzisiejszy trening był przyjemny.
Od dzisiaj chyba za każdym razem będę biegał po nocy spędzonej w pracy. Czuję się jakoś bardziej pobudzony, a fakt, że poprzedniej nocy nie spałem jest praktycznie nie odczuwalny.
Mała, lekka i przyjemna dyszka na poprawę nastroju i samopoczucia jest lepsza niż kawa, której ostatnimi czasy piję chyba zdecydowanie za dużo.
Starałem się dzisiaj przyspieszyć, co uniemożliwiaj mi śnieg zalegający na chodnikach i to, że po raz kolejny służby odpowiedzialne za odśnieżanie zawiodły.
Nie ma to jak święto Trzech Króli uczcić treningiem biegowym ;)
niedziela, 4 stycznia 2015
Trening 04.01.2015r. - Pierwszy w tym roku
Jakoś tak wyszło, że pierwszy trening w nowym roku zrobiłem dopiero dzisiaj, mimo że od 5 jestem na nogach, do tego godzina dojazdu do pracy, 12 godzin w pracy i kolejna godzina powrotu do domu.
1 Stycznia jak 3/4 ludzi leczyłem kaca, po udanej sylwestrowej imprezie z przyjaciółmi.
2 Stycznia dzień w pracy.
3 Stycznia masakryczna wichura przeplatana deszczem na zmianę z ulewą, dodatkowo moja żonka była w pracy, więc nie miałem z kim zostawić syna.
Dzisiejszy trening może nie był zrobiony na samym początku tego roku, ale za to zrobiłem go z moim dobrym kolegą Mietkiem.
Mała i szybka dyszka przed spaniem i jutrzejszą nocką w pracy ;]
Tempo biegu narzuciłem dość spore, tym bardziej że kolega Mietek przez kilka miesięcy nie biegał.
Ale on zawsze daje radę, tylko czasami jeszcze tego nie wie ha ha :P
Pogoda niestety dzisiaj nam nie dopisała. Przez cały czas wiał silny i porywisty wiatr, który chwilami dawał nam ostro popalić, do tego oblodzone i nie posypane chodniki czające się na nas coraz bardziej z każdym postawionym krokiem. Dzisiejszy trening zrobiliśmy na naszej Alei Kociewskiej, po której bardzo lubię biegać.
Szkoda, że służby zarządzające Aleją w tym chodnikiem nie potrafią posypać go na czas.
Po dzisiejszym wieczornym treningu stwierdzam, że jednak bardziej wolę biegać rano na czczo. Kilka zjedzonych posiłków w pracy zalegały mi w żołądku, sprawiając że czułem się trochę ociężały. Poranny trening to co innego, tylko banan do paszczy i do boju :P
Zobaczymy jak jutro Mietek będzie chodził - pewnie jak kowboj hahahaha :P Postaram się go jeszcze nie raz namówić na bieganie, bo jak wiecie bieganie z kimś bardziej motywuje do działania, a do tego spędzacie ten ważny dla was czas w dobrym towarzystwie ;)
Fotka z przez i po bieganiu ;)
sobota, 3 stycznia 2015
Biegowe Podsumowanie >>2014<< Roku
Przyszedł czas na biegowe podsumowanie minionego 2014 roku.
Rok 2014 nie był dla mnie czasem sielanki, odpoczynku, lecz walką o każdy kilometr, o każdy dzień, w którym mogłem rozwijać swoją pasję.
Rok ten nauczył mnie wytrwałości, cierpliwości, szacunku do tego sportu i przede wszystkim pokory. Zacząłem także lepiej poznawać swoje ciało, które niejednokrotnie buntowało się, dając mi do zrozumienia, że czasami warto zrobić sobie kilka dni przerwy na regenerację, odpuścić trening, zamieniając go na rozciąganie w domowym zaciszu. W minionym roku poznałem całą masę fajnych ludzi, z którymi łączy mnie wspólna pasja BIEGANIE ;)
Dziękuje wszystkim za rady, miłe słowa, czasami słowa krytyki, które są potrzebne każdemu ;)
Dziękuje wszystkim za rady, miłe słowa, czasami słowa krytyki, które są potrzebne każdemu ;)
Niestety rok ten rozpocząłem od kontuzji, która przydarzyła mi się podczas wypadku w pracy 5 stycznia, przez który doznałem pierwszego skręcenia stawu skokowego lewej stopy, co wykluczyło mnie na 2,5 miesiąca z biegania. Pierwsza kontuzja podłamała mnie, ale się nie poddałem.
Niestety 7 października podczas treningu stanąłem na kamień w wyniku czego doznałem ponownie skręcenia stawu skokowego tej samej stopy.
Druga kontuzja w tym samym roku podłamała mnie bardziej. Byłem tak bardzo zły. Łzy same cisnęły się do oczu. No, ale przecież nie poddam się!!! Każdy dzień był dla mnie walką o szybki powrót do biegania. Noga nie przestawała mnie boleć, ale pomimo dolegliwości bólowych nie przestawałem jej rehabilitować.
Miałem jedno postanowienie - miesiąc po kontuzji będę biegał !!! Jak postanowiłem, tak też zrobiłem i 7 listopada wyszedłem na trening.
Kontuzje sprawiają, że każdy z nas, biegaczy, uczy się słuchać swojego ciała, wie jak zapobiegać kolejnym i przede wszystkim docenia to, co dostaje od życia.
Teraz mogę to powiedzieć - dzięki dwóm kontuzjom dowiedziałem się, że zupełnie niepotrzebnie rozciągałem się przed bieganiem, nauczyłem się dobrze rozciągać po treningu, założyłem bloga, zacząłem bardziej interesować się tematyką biegową i nauczyłem się bardziej doceniać każdy dzień ;)
Do swoich treningów dodałem interwały, podbiegi, mocniejsze ćwiczenia siły i wytrzymałości biegowej.
Po zmaganiach w minionych roku zacząłem zupełnie inaczej traktować bieganie. Kiedyś nie było możliwości, żebym się zatrzymał w czasie treningu, teraz robię to kilka razy, doceniając i fotografując otaczający mnie świat ;)
Nauczyłem się, że w bieganiu nie chodzi tylko o wyniki, statystyki itd., lecz o to, aby doceniać każdy biegowy dzień, każde wyjście na trening, podczas którego nieustannie uczę się być lepszym w tym co kocham.
W 2014 roku 7 razy startowałem w zawodach biegowych:
| Tczew | Silgan - Ćwierćmaraton |
| Opalenie k.Gniewu | I Maraton Fundacji DASZRADE... |
| Skórcz | VII Bieg Turystyczny Cztere... |
| Malbork | II Bieg z okazji Święta Lot... |
| Owidz k.Starogardu Gdańskiego | II Bieg Grodzisko Cross |
| Gniew | I Bieg Gniewski |
| Starogard Gdański | 23. Bieg Kociewski z Polpha... |
Niestety ze względów na kontuję z początku roku, nie udało mi się wystartować w sierpniowym maratonie Solidarności Gdynia - Gdańsk.
Łączny pokonany dystans z Endomondo - 1170 km
z Garmina - 288.93 km
= 1458,93 km
Małe fotograficzne porównanie mojej biegowej metamorfozy.
Po prawej 108 kg, po lewej 78 kg.
Z rozmiarówki odzieżowej XL zjechałem do M.
Spodnie: z nr. 38 do 31.
Można?!?!? Pewnie że można, wystarczy tylko chcieć i wyjść z domu !!!
Oczywiście ważną rolę w tej przemianie odegrała i nadal odgrywa moja rodzina.
Żona i synek, którzy byli przy mnie, wspierali mnie i motywowali do dalszych działań.
Dziękuję, że jesteście. Kocham Was .
Subskrybuj:
Posty (Atom)













